Eksperci prognozują co najmniej kilkunastoprocentowy wzrost cen usług telekomunikacyjnych. Jeśli ustawa o cyberbezpieczeństwie wejdzie...

Przedsiębiorcy rynku telekomunikacyjnego, prawnicy, eksperci i politycy krytykują tryb procedowania nowelizacji ustawy o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa. Siódma wersja projektu, która pojawiła się w marcu, podobnie jak pięć poprzednich nie została poddana konsultacjom społecznym, mimo wprowadzania do nich istotnych zmian. Krytyka dotyczy szczególnie możliwości wykluczania z rynku pochodzących spoza UE i NATO dostawców sprzętu i usług ICT. Eksperci ostrzegają, że konieczność rezygnacji ze sprzętu danego dostawcy będzie dla operatorów oznaczała spory wydatek. Koszty szacowane na miliardy złotych zostaną ostatecznie przeniesione na konsumentów. 

 Prace nad ustawą o cyberbezpieczeństwie trwają od prawie dwóch lat. W tej chwili mamy do czynienia już z siódmą wersją tego projektu. Zgłoszono do tej pory 750 poprawek i praktycznie – oprócz tej początkowej wersji – nie było żadnych konsultacji. Widać, że sposób procedowania tej ustawy jest patologiczny. A to oznacza, że nie może prowadzić do dobrych rezultatów, ponieważ nie uwzględni interesów bardzo dużej grupy polskich przedsiębiorstw – mówi agencji Newseria Biznes Andrzej Arendarski, prezydent Krajowej Izby Gospodarczej. – Rozumiem, że szczególnie teraz względy bezpieczeństwa są na pierwszym miejscu, ale nie mogą być przykrywką do partactwa legislacyjnego i do pomijania interesariuszy, istotnych z punktu widzenia przyszłego kształtu ustawy.

Ustawa o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa (KSC), przyjęta w 2018 roku, to pierwszy w Polsce akt prawny dotyczący tego obszaru. Rząd już od jesieni 2020 roku przymierza się do jej nowelizacji, która ma wzmocnić polskie bezpieczeństwo cybernetyczne. Nowela wpłynie też na kształt całego polskiego rynku telekomunikacyjnego oraz wdrażanie w Polsce sieci 5G i wybór dostawców infrastruktury dla tej technologii. Prace nad nowelizacją od początku budzą kontrowersje. Zgłoszone w czasie pierwszych – i jedynych konsultacji – uwagi ze strony rynku zostały jednak uwzględnione w stopniu marginalnym, za to w kolejnych wersjach projektu rząd wprowadzał daleko idące zmiany, jak np. pomysł powołania państwowego operatora telekomunikacyjnego. Nie zostały one jednak omówione z rynkiem. Dlatego wątpliwości branży i ekspertów budzą zarówno jego zapisy, jak i tryb procedowania.

– W intencji zapisy tej ustawy mają prowadzić do zwiększenia cyberbezpieczeństwa naszego kraju i szerzej, Unii Europejskiej i NATO, bo jesteśmy częścią tych organizacji. Natomiast sposób, w jaki to jest przeprowadzane, chaos będzie prowadził raczej w kierunku odmiennym. Dlatego jako Krajowa Izba Gospodarcza kilka dni temu wysłaliśmy pismo do premiera, domagając się rzetelnych konsultacji ze wszystkimi interesariuszami rynku telekomunikacyjnego – mówi Andrzej Arendarski.

Jedną z największych kontrowersji w projektowanej ustawie jest od początku mechanizm oceny profilu ryzyka dostawców sprzętu i usług ICT na polski rynek. Ma jej dokonywać rządowe Kolegium ds. Cyberbezpieczeństwa, które pod uwagę weźmie szereg kryteriów technicznych i nietechnicznych. Zgodnie z najnowszą wersją projektu są wśród nich m.in. certyfikaty oraz liczba i rodzaj wykrytych podatności, ale kolegium uwzględni też to, czy dostawca pochodzi spoza UE lub NATO oraz jakie stwarza ryzyko dla realizacji zobowiązań sojuszniczych i europejskich.

Co ciekawe, w pierwotnej wersji projektu jednym z kryteriów było również to, czy w kraju pochodzenia dostawcy są przestrzegane prawa człowieka, jednak rząd po fali krytyki wycofał się z tego pomysłu. Zdaniem rynku i ekspertów narodowościowe kryteria są bowiem wprost wymierzone w dostawców technologii z Chin.

–  Im bardziej radykalna wersja przepisów przejdzie, im krótszy będzie czas na ewentualną wymianę sprzętu, im więcej dostawców zostanie z rynku wyrzuconych, a mówimy o całym zbiorze różnych firm, które produkują sprzęt w Azji i mogą zostać z tego rynku usunięte, tym większe będą koszty. I tutaj mamy, w mojej ocenie, w tej chwili jedną wielką niewiadomą. Natomiast koszty pośrednie i bezpośrednie wzrosną i to jest coś, z czym wszyscy właściwie eksperci, którzy brali udział w dyskusji Zespołu ds. Ochrony Praw Konsumentów i Przedsiębiorców, się zgadzają, i coś, czego rząd nie uwzględnia w swoich analizach i nie komunikuje tego transparentnie społeczeństwu, ile ta operacja może kosztować – mówi Krzysztof Bosak, poseł Konfederacji, który uczestniczył w debacie parlamentarnego zespołu, jaka odbyła się 22 kwietnia br. na terenie Sejmu.

Projektowany w ustawie mechanizm oceny jest istotny o tyle, że na jego podstawie – bazując na opinii Kolegium ds. Cyberbezpieczeństwa – minister właściwy ds. informatyzacji będzie mógł podjąć decyzję o uznaniu danego dostawcy za tzw. dostawcę wysokiego ryzyka, czyli podmiot stanowiący „poważne zagrożenie dla obronności, bezpieczeństwa państwa lub bezpieczeństwa i porządku publicznego”. Nadanie takiego statusu będzie zaś de facto oznaczać wykluczenie z polskiego rynku, bez realnych narzędzi odwoławczych.

– Od tej decyzji nie ma odwołania. To też bardzo dziwi, bo właściwie każde prawo, które w czymś ogranicza przedsiębiorców, powinno mieć swoją drogę odwoławczą. Tutaj takiej drogi nie ma. Decyzja raz podjęta na zawsze wyklucza daną firmę z polskiego rynku telekomunikacyjnego – zauważa Andrzej Arendarski.

Operatorzy i firmy telekomunikacyjne, które korzystają ze sprzętu i usług dostawcy wysokiego ryzyka, zgodnie z ustawą będą zmuszone pozbyć się ich w ciągu kilku lat. To zaś oznacza dla nich wielomiliardowe koszty, związane choćby z wymianą sprzętu na nowy. Eksperci wskazują, że bez wątpienia odbije się to na cenach usług dla klientów.

– Jeżeli wartość zakupu sprzętu w przypadku budowy infrastruktury 5G na jednego operatora to będą kwoty liczone w setkach milionów złotych, to jeśli wiemy, że jest czterech operatorów, daje nam to wartości liczone w miliardach. Operatorzy nie są instytucjami charytatywnymi. To są firmy obliczone na zysk, osiągnięcie jak najlepszych wyników finansowych – wobec tego te koszty będą musiały zostać rozłożone na klientów, którzy korzystają z ich usług – mówi prof. dr hab. Maciej Rogalski, rektor Uczelni Łazarskiego. – Można z pewnym założeniem stwierdzić, że ten wzrost cen usług telekomunikacyjnych będzie o co najmniej kilkanaście procent, jeżeli nie więcej.

Do oceny dostawców sprzętu i usług ICT zostali dopuszczeni – po wielomiesięcznych apelach z rynku – operatorzy i firmy telekomunikacyjne. Taką możliwość dostali jednak tylko najwięksi gracze, którzy w poprzednim roku wypracowali obroty w wymaganej ustawą wysokości (równowartość około 113 mln zł). To oznacza, że MŚP będą z tej procedury wykluczone, co de facto pozbawia je możliwości decydowania o kształcie rynku, na którym prowadzą działalność. Jak wskazuje w liście do premiera KIG, o ile ustawa nakłada obowiązek na 4 tys. przedsiębiorców telekomunikacyjnych, o tyle szczególne uprawnienia przyznano tylko kilkunastu.

 W świetle dotychczasowych zapisów projektów ustawy o cyberbezpieczeństwie małe i średnie firmy mogą poczuć się dyskryminowane, ponieważ są wykluczane z procesu decyzyjnego dotyczącego dopuszczenia na polski rynek dostawców sprzętu spoza krajów Unii Europejskiej i NATO – mówi Andrzej Arendarski. – Trzeba dopuścić do udziału w tym procesie nie tylko te największe firmy, tych gigantów operatorów, ale również przedstawicieli MŚP, choćby w formie izb przemysłowo-handlowych, które zrzeszają takie przedsiębiorstwa.

Eksperci wprost wskazują, że projektowana ustawa o cyberbezpieczeństwie będzie mieć daleko idące konsekwencje ekonomiczne i wpłynie na rozwój polskiego rynku telekomunikacyjnego w nadchodzących latach, dlatego powinna zostać poddana rzetelnym konsultacjom publicznym. Co istotne, jej kształt może mieć też wpływ na relacje między Polską i Chinami, które – w obawie przed dyskryminacją swoich firm – podejmą działania odwetowe wymierzone w przedsiębiorstwa z Polski.

– Tego rodzaju rozwiązanie, że wyklucza się określone podmioty tylko z tej racji, że pochodzą z innego kraju czy innego obszaru gospodarczego, jest zawsze bardzo ryzykowną operacją z punktu widzenia ekonomicznego, prawnego, podstawowych zasad konkurencji. Wykluczenie określonego dostawcy tylko z tego powodu, że pochodzi z innego kraju, oznacza możliwość wygenerowania problemów o charakterze prawnym z tytułu przepisów obowiązujących w regulacjach unijnych, ale także i umów międzynarodowych, które zakładają wolność, swobodę handlu międzynarodowego. To także ryzyko retorsji ze strony krajów, z których pochodzą ci producenci – zauważa prof. Maciej Rogalski.

– Jesteśmy zwolennikami dbania o cyberbezpieczeństwo, ale z uwzględnieniem zasad wolności gospodarczej, nieingerowania w rynek bardziej niż to absolutnie niezbędne. A to powinno wynikać z pewnych obiektywnych miar o charakterze technicznym, z wymagań sprzętowych, z certyfikacji sprzętu i stosowanych zabezpieczeń czy też trybu świadczonego wsparcia w przypadku wystąpienia jakichś zagrożeń, incydentów, awarii, naruszeń – mówi Krzysztof Bosak. – W naszym odbiorze ten sposób konstruowania przepisów ma dużo wspólnego z polityką, a bardzo mało z cyberbezpieczeństwem – zwraca uwagę poseł.

Do 2050 roku z powodu niskiej dzietności liczba ludności Polski zmniejszy się o 4,5...

Polska już od 1998 roku notuje zbyt niski współczynnik dzietności kobiet, a od 2018 roku ujemny przyrost naturalny. Pandemia COVID-19, która spowodowała duży wzrost liczby zgonów w IV kwartale ub.r., jeszcze ten trend przyspieszyła. Z kolei niepewność związana z SARS-CoV-2 wpłynęła negatywnie na plany prokreacyjne części potencjalnych rodziców, co jak wynika z projektu Strategii Demograficznej – najprawdopodobniej w pełni objawi się w tym roku w postaci kolejnego spadku urodzeń. Ten trend ma zahamować opublikowany w czerwcu projekt Strategii Demograficznej 2040, jednak – jak ocenia ekspert Nowej Konfederacji – skuteczność tego typu polityk w krajach Europy Zachodniej jest aktualnie niewielka.

– Na świecie istnieje wiele modeli polityki demograficznej, ale zasadniczo one są do siebie stosunkowo podobne. Przede wszystkim próbuje się wspierać dzietność zasiłkami czy ulgami podatkowymi. Efekty tej polityki – dążącej do tego, aby rodziło się jak najwięcej dzieci – trzeba przyznać, że zazwyczaj są dość mizerne. Ona pomaga raczej – zwłaszcza w zachodnich, bogatych państwach, które mają w budżecie dużo pieniędzy na tego typu działania – utrzymać tę dzietność, żeby nie spadła maksymalnie – mówi Jarema Piekutowski, główny ekspert ds. społecznych Nowej Konfederacji.

Demografia jest bolączką nie tylko Polski, ale też innych krajów UE i większości rozwiniętych państw świata. Główny problem to niska dzietność, która przyczynia się do starzenia społeczeństwa, stopniowego zaniku populacji i rodzi szereg problemów m.in. dla systemu emerytalnego, konkurencyjności gospodarki i PKB, systemu ochrony zdrowia czy rynku pracy.

Według projektu rządowej Strategii Demograficznej Polska należy na dodatek do państw o dzietności poniżej średniej w Europie. W 2019 roku mimo wzrostu w stosunku do 2015 roku – współczynnik dzietności osiągnął wartość 1,42 dziecka na kobietę, co uplasowało Polskę na 190. miejscu na 208 sklasyfikowanych państw świata. Ten współczynnik już od 1998 roku nie przekracza 1,5 dziecka na kobietę w wieku rozrodczym, co oznacza, że już od wielu lat w naszym kraju rodzi się za mało dzieci, żeby zapewnić zastępowalność pokoleń. Tę gwarantuje dopiero wskaźnik dzietności na poziomie 2,1–2,15 (dane z czerwcowego raportu „Demografia” Warsaw Enterprise Institute).

– W niektórych krajach byłego bloku sowieckiego, takich jak Rumunia, Węgry, poniekąd też i Polska, w ostatnich latach – nie licząc ubiegłego, pandemicznego – zaobserwowaliśmy pewien wzrost współczynnika dzietności, który wcześniej bardzo spadał. Jednak za ten wzrost niekoniecznie odpowiadała polityka i działania państwa, ale po prostu poprawa jakości życia oraz znaczący wzrost wynagrodzeń w porównaniu z poprzednimi latami i w stosunku do naszych aspiracji. Polacy mają bowiem takie same aspiracje jak Zachód, oddziałuje na nas ta sama popkultura, ten sam biznes – mówi Jarema Piekutowski.

Rządowa Strategia Demograficzna również zauważa, że w ostatniej dekadzie wiele krajów Europy Środkowo-Wschodniej w szczególności Rumunia i Czechy oraz Węgry i Słowacja zanotowały wzrosty dzietności. Odmienny trend widać w krajach Europy Zachodniej, np. w Holandii, Belgii, Irlandii czy Francji, która przez dekady należała do liderów dzietności, m.in. dzięki rozbudowanej polityce prorodzinnej. Obecnie jest ona wciąż istotna, choć w zmieniających się okolicznościach politycznych i społecznych powoli niewystarczająca. Podobna sytuacja ma też miejsce w Skandynawii, np. w Szwecji, długo będącej liderem polityk sprzyjających dzietności, która w ostatnich latach również notuje spadek dzietności (choć w 2019 roku wyniósł on w tym kraju 1,71 dziecka na kobietę).

– Skuteczne są takie działania państwa, które powodują, że zmniejsza się różnica między możliwościami a aspiracjami społeczeństwa – mówi główny ekspert ds. społecznych Nowej Konfederacji. – Chodzi o to, żeby państwo nie przeszkadzało, a tam, gdzie trzeba lub można, pomagało w rozwoju gospodarczym. Aby próbowało konsekwentnie i długoterminowo zaradzić problemowi mieszkaniowemu, który jest jednym z najistotniejszych dla Polaków i stopuje ich przed decyzjami prokreacyjnymi. Kolejna sprawa to korzystne opodatkowanie, które sprawia, że w kieszeni zostaje wystarczająco dużo pieniędzy z pracy. W Polsce jest słabo opodatkowany majątek, mocno opodatkowana jest praca. Podatki omijają te najbogatsze osoby, z największymi majątkami – oni akurat się rozmnażają, ale ich jest mało. Chodzi też o to, żeby ludzie poczuli się stabilnie, bo brak stabilności to kolejny, ogromny problem. Niestety nastroje apokaliptyczne – związane m.in. z kryzysem klimatycznym i pandemią – jeszcze go wzmocniły i to też jest trudne zadanie dla państwa.

W Polsce w 2002 roku po raz pierwszy odnotowano przewagę liczby zgonów nad urodzeniami, a od 2018 roku notowany jest już znaczny wzrost tego zjawiska, co oznacza ujemny przyrost naturalny. Spowodowany pandemią duży wzrost liczby zgonów w IV kwartale 2020 roku jeszcze ten trend przyspieszył. Niepewność związana z SARS-CoV-2 wpłynęła też negatywnie na plany prokreacyjne części potencjalnych rodziców, co jak wynika z projektu Strategii Demograficznej najprawdopodobniej w pełni objawi się w tym roku w postaci kolejnego spadku urodzeń.

Ten trend ma zahamować opublikowany w czerwcu br. projekt Strategii Demograficznej 2040, która jest obecnie na etapie konsultacji społecznych. Dokument ma odpowiedzieć na pytanie, czego potrzebują polskie rodziny, i wyznaczyć kierunek działań, które będą sprzyjać dzietności. Rząd wskazał w nim 10 obszarów-barier wpływających na decyzję o posiadaniu dzieci i zaproponował 12 kierunków interwencji. Są to m.in. zabezpieczenie finansowe polskich rodzin (m.in. poprzez program 500+) i popularyzacja kultury sprzyjającej rodzinie, rozwój rynku pracy (np. gwarancja elastycznej pracy dla kobiet w ciąży i rodziców dzieci do czterech lat) oraz opieki zdrowotnej w kierunku sprzyjającym rodzinie i opiece nad dziećmi, poprawa jakości i organizacji edukacji oraz wsparcie w zaspokojeniu potrzeb mieszkaniowych rodzin (Mieszkanie bez wkładu własnego, Bon mieszkaniowy).

Prognozy demograficzne GUS zakładają, że – przy utrzymaniu obecnych trendów niskiej dzietności – w 2050 roku liczba ludności Polski wyniesie już 33 mln 951 tys. (dla porównania w 2020 roku Polaków było nieco ponad 37 mln 958 tys.). W stosunku do bazy, za którą przyjęto 2013 rok, będzie to oznaczać spadek liczby ludności o 12 proc., czyli 4,55 mln osób. Oprócz ujemnego przyrostu naturalnego GUS prognozuje też spadek liczebności kobiet w wieku rozrodczym (15-49 lat) oraz szybkie starzenie się społeczeństwa. Według szacunków w 2050 roku seniorzy w wieku 65+ będą już stanowić 32,7 proc. populacji (wobec 14,7 proc. w stosunku do bazy z 2013 roku, co oznacza wzrost o 5,4 mln osób). Oznacza to m.in. duży problem dla polskiej gospodarki i rynku pracy, którego rozwiązanie – jak podkreśla ekspert Nowej Konfederacji – może okazać się niemożliwe bez wdrożenia równocześnie przyjaznej polityki migracyjnej.

– Z roku na rok coraz więcej osób schodzi z rynku pracy i tych miejsc nie ma komu zapełnić. Do 2006–2007 roku walczyliśmy z bezrobociem, potem częściowo ten problem rozwiązała masowa emigracja Polaków na Zachód po wejściu do UE i strefy Schengen. Natomiast w tej chwili już mamy do czynienia z deficytem pracowników w niektórych branżach, m.in. budowlanej, przemysłowej, turystycznej czy  gastronomicznej. Pandemia trochę zachwiała tą sytuacją, ale my dość szybko się odbiliśmy i zaraz znów pojawią się ogromne deficyty. Częściowo uzupełniamy je imigracją z Ukrainy i Białorusi, ale polskie prawo migracyjne nadal jest skomplikowane, źle zorganizowane i Polska dla migrantów wciąż jest państwem nieprzyjaznym. Trzeba zaproponować mądrą politykę migracyjną, która pozwoli nam zachować naszą tożsamość i jednocześnie ściągnąć do Polski nowych obywateli i ich integrować – mówi Jarema Piekutowski.

Rynek crowdfundingu zostanie uregulowany i będzie podlegać nadzorowi KNF

Trwają prace nad przepisami, które uregulują rynek finansowania społecznościowego. Platformy, które się tym zajmują, zgodnie z proponowaną ustawą będą działać zgodnie z licencją i podlegać nadzorowi Komisji Nadzoru Finansowego. Zwiększy się jednak kwota –...
- Advertisement -
- Advertisement -

LATEST NEWS

MUST READ