poniedziałek, 28 listopada, 2022

Bezpieczeństwo lekowe w Europie jest zbyt uzależnione od dostaw z Chin. Producenci leków walczą...

Już pierwsza fala pandemii COVID-19 pokazała, że europejski rynek leków jest bardzo podatny na kryzysy o różnym, także politycznym charakterze. To efekt uzależnienia od importu z Azji, skąd pochodzi ok. 80 proc. substancji czynnych niezbędnych do produkcji leków. Ryzykiem są już nawet niewielkie zakłócenia w łańcuchach dostaw. – Poziom bezpieczeństwa lekowego w Europie jest zdecydowanie zbyt niski – mówi wiceminister zdrowia Maciej Miłkowski. Dlatego europejscy i polscy producenci leków apelują o podjęcie szybkich działań, które umożliwią odbudowanie w Europie zdolności do produkcji substancji czynnych wykorzystywanych w przemyśle farmaceutycznym.

– Ze względów kosztowych i środowiskowych wiele lat temu Europa oddała część produkcji substancji czynnych Chinom i Indiom. I teraz trwa dyskusja nad tym, żeby ten rynek odzyskać, głównie właśnie ze względów bezpieczeństwa lekowego, bo widzimy w ostatnim czasie wiele różnego typu problemów, w tym geopolitycznych – mówi agencji Newseria Biznes Maciej Miłkowski, podsekretarz stanu w Ministerstwie Zdrowia.

W ciągu ostatnich trzech dekad Europa z największego na świecie eksportera substancji czynnych (API) stała się ich importerem. Obecnie ok. 80 proc. substancji czynnych wykorzystywanych w UE do produkcji leków pochodzi z Azji, głównie z Chin i Indii, podczas gdy jeszcze do połowy lat 90. Europa i USA dostarczały aż 90 proc. wszystkich API stosowanych na świecie. Pandemia COVID-19 pokazała, że to uzależnienie od importu z Azji jest poważnym zagrożeniem dla bezpieczeństwa lekowego całej UE, w tym Polski. Już podczas pierwszej fali wystąpiły bowiem czasowe braki w dostępie do niektórych leków i API, wywołane zakłóceniami w globalnych łańcuchach dostaw.

– Substancje czynne powinny być produkowane w Europie, ponieważ to jest ten „cukier w cukrze”. To jest to, co leczy, z czego tworzy się lek. To jest zasób strategiczny – podkreśla Grzegorz Rychwalski, wiceprezes Krajowych Producentów Leków. – Bezpieczeństwo lekowe jest równie ważne jak bezpieczeństwo militarne czy energetyczne, a nie możemy mówić o produkcji leków bez substancji czynnych. Dlatego tak ważne jest, żeby były one produkowane w Europie.

Europejskie stowarzyszenia zrzeszające producentów leków – w tym także polska organizacja Krajowi Producenci Leków – zaapelowały już do instytucji UE o podjęcie szybkich działań, które umożliwią odbudowę zdolności produkcyjnych API w Europie. Wspólne stanowisko w tej sprawie przygotowują w tej chwili m.in. Medicines for Europe i European Fine Chemicals Group.

Oczekiwania branży farmaceutycznej wobec Komisji Europejskiej są konkretne. Chodzi o stworzenie dedykowanego instrumentu legislacyjno-finansowego, który będzie wspierał produkcję nowych i już istniejących substancji czynnych – mówi wiceprezes Krajowych Producentów Leków. – To jest konieczne, ponieważ wytwarzanie substancji czynnych w Europie nigdy nie będzie tańsze niż w Azji. Dlatego takie wsparcie ze strony Komisji Europejskiej – tzn. dedykowany fundusz, dedykowane środowisko prawne – jest bardzo potrzebne.

Wdrożenie produkcji jednej substancji czynnej trwa od trzech do sześciu lat, a koszt tego procesu – w zależności od technologii – jest szacowany na ok. 50 mln do nawet 180 mln euro. Co istotne, koszty takiej inwestycji i eksploatacji zakładu produkcyjnego w Europie mogą być nawet o 40 proc. wyższe niż w Azji. Krajowi Producenci Leków w Polsce już w maju br. złożyli petycję do Parlamentu Europejskiego w sprawie konieczności ustanowienia instrumentów, które uczynią taką produkcję opłacalną.

Petycja została rozpatrzona przez Komisję Petycji Parlamentu Europejskiego i skierowana do dalszych prac w Komisji Zdrowia, do Komisji Badań Naukowych oraz Komisji Rynku Wewnętrznego. Zakończeniem tych wszystkich prac ma być rezolucja Parlamentu Europejskiego do Komisji Europejskiej, wzywająca do stworzenia dedykowanego aktu legislacyjno-finansowego w celu wzmocnienia europejskiej produkcji substancji czynnych – wyjaśnia Grzegorz Rychwalski.

Krajowi Producenci Leków w Polsce zaproponowali m.in. wdrożenie mechanizmu, który zrekompensuje wyższe koszty wytwarzania substancji czynnych w UE i obniży ich ceny, tym samym umożliwiając im konkurowanie z produktami azjatyckimi. Stowarzyszenie wskazuje też, że potrzebne są gwarancje zbytu dla wyprodukowanych w UE substancji czynnych oraz natychmiastowe interwencyjne wsparcie dla już wytwarzanych w Europie substancji czynnych, żeby nie dopuścić do spadku wolumenu produkcji i zamykania linii technologicznych.

Jak podkreśla prezes Zakładów Farmaceutycznych Polpharma Sebastian Szymanek, takie systemowe zachęty są potrzebne też w Polsce.

– Apelujemy o stworzenie dokumentu strategicznego, który jasno określi cele państwa i chęć wspierania produkcji oraz rozwoju branży farmaceutycznej na terenie kraju. Jeżeli będzie taka wola rządu, to za nią powinny pójść konkretne rozwiązania. Mowa tu m.in. o grantach, czyli dofinansowaniu na projekty rozwojowe i R&D, optymalnie również o grantach bądź częściowo bezzwrotnych pożyczkach na rozwój infrastruktury. Ważny jest też szeroko pojęty sprzyjający klimat, np. refundacyjny i prawny – mówi Sebastian Szymanek.

Polpharma jest największą polską firmą farmaceutyczną. Statystycznie wytwarza co ósme opakowanie leku dostępnego w polskich aptekach i co trzecie stosowane w polskich szpitalach. Jako jedyna w Polsce ma też fabrykę substancji czynnych i utrzymuje ich produkcję na dużą skalę. Obecnie wytwarza około 50 API i nadal inwestuje w coraz bardziej zaawansowane obszary technologiczne.

Jedną z takich inwestycji jest budowa nowego centrum badań i rozwoju oraz wytwarzania wysokoaktywnych substancji czynnych (Highly Potent API) w Starogardzie Gdańskim, której zakończenie jest planowane na I kwartał 2024 roku. To pierwszy etap realizacji jednej z kilku inwestycji strategicznych Polpharmy w obszarze substancji czynnych zaplanowanych na kolejne dwa–trzy lata, których łączna wartość wyniesie ponad 150 mln zł.

– Rozwijamy nasze laboratoria R&D, aby móc rozwijać nowe substancje. Skupiamy się też na rozbudowie naszej infrastruktury produkcyjnej pod kątem wysokich technologii. Mam tu na myśli m.in. budowę nowego obiektu dedykowanego produkcji substancji wysokoaktywnych, czyli takich, których nawet najmniejsza ilość ma silne działanie terapeutyczne na pacjenta. One wymagają jednak specjalnych warunków produkcyjnych. Dlatego będziemy rozwijać m.in. technologie kriogeniczne, czyli produkcji w niskich temperaturach – informuje prezes Zakładów Farmaceutycznych Polpharma.

Branża farmaceutyczna podkreśla, że ma potencjał, aby rozwijać w Polsce produkcję substancji czynnych, i podjęła już działania na rzecz zwiększenia zdolności produkcyjnych w tym obszarze. Z drugiej strony potrzeba jej wsparcia ze strony rządu i państwa. Bez niego firmy farmaceutyczne nie będą w stanie osiągnąć takiej skali produkcji API, która pozwoli zapewnić w Polsce wysoki poziom bezpieczeństwa lekowego.

– Rynek farmaceutyczny jest trudny, ponieważ aby utrzymać rentowność na niektórych substancjach czynnych, trzeba sprzedawać je nie tylko na krajowym rynku, ale i na rynkach zagranicznych. Polpharma planuje rozszerzyć produkcję niektórych substancji aktywnych zarówno na rynek polski, jak i europejski. I oczywiście jako państwo, jako Ministerstwo Zdrowia wspieramy w tym zakresie producentów, którzy dużo inwestują. Staramy się nie zmniejszać cen leków, utrzymać sprzedaż i finansowanie leków tych producentów, którzy inwestują – zapewnia wiceminister zdrowia Maciej Miłkowski.

Rozwód gospodarek chińskiej i amerykańskiej niemożliwy do przeprowadzenia. Zachodnie rynki nie są w stanie...

– Decoupling, czyli rozdzielenie gospodarek Chin i USA, wydaje się procesem nieuniknionym, ale równocześnie niemożliwym do przeprowadzenia – mówi Krzysztof Domarecki, główny akcjonariusz Grupy Selena. Więzi gospodarcze budowane przez ostatnie 50 lat trudno będzie zerwać pod wpływem napięć politycznych. Jeśli mimo to taka decyzja zapadnie na szczytach władz, uderzy to przede wszystkim w kraje Zachodu. Ani USA, ani Europa nie są bowiem w stanie wchłonąć z powrotem produkcji od wielu lat lokowanej w Chinach, głównie ze względu na brak pracowników i wysokie normy środowiskowe. Ekspert przestrzega, że embargo na import z Chin oznaczałoby wzrost kosztów, masowe bankructwa i zwolnienia, a za tym idzie ryzyko rosnących niepokojów społecznych na całym świecie.

– Przez ponad 50 lat najpierw Amerykanie, później Europejczycy lokowali w Chinach coraz większe ilości produkcji, nie tylko stali czy produktów chemicznych, ale także w zakresie komponentów, wyrobów tekstylnych, zabawek, mebli, odbiorników. Przez te 50 lat zostały wytworzone gigantyczne więzi handlowe między dziesiątkami tysięcy firm ze Stanów Zjednoczonych i z Chin albo z Europy i z Chin. I teraz, kiedy mówimy o wojnach handlowych albo o tzw. decouplingu, wymyślonym w okresie Trumpa, to mówimy de facto nie o przecięciu współpracy między jednym a drugim krajem, ale o rozerwaniu bardzo głębokich i wielowarstwowych powiązań gospodarczych pomiędzy tysiącami firm, w które jest zaangażowane kilkadziesiąt, jeśli nie kilkaset milionów ludzi – mówi agencji Newseria Biznes Krzysztof Domarecki, główny akcjonariusz Grupy Selena produkującej chemię budowlaną m.in. w Chinach.

Dlatego, zdaniem eksperta, napięcia polityczne na linii USA – Chiny będzie trudno przełożyć na rozwód gospodarek. W czerwcu br. podczas szczytu NATO po raz pierwszy w koncepcji strategicznej sojuszu uznano politykę Chin i ich rosnące wpływy jako wyzwanie dla bezpieczeństwa euroatlantyckiego. Na taką decyzję od kilku lat naciskały Stany Zjednoczone, które za czasów Donalda Trumpa zaostrzyły kurs przeciwko Państwu Środka, również w kontekście gospodarczym.

Jak przypomina WEI w raporcie „Wojna handlowa Chiny–USA: geneza, przebieg i skutki”, poprzedni prezydent USA wielokrotnie zarzucał Chinom kradzież własności intelektualnej, przymusowe transfery technologii czy subsydia państwowe. Stąd propagowana przez niego potrzeba zmian zasad współpracy z globalnym rywalem. Niepowodzenia w negocjacjach dwustronnych kończyły się nakładaniem przez Waszyngton i Pekin ceł na poszczególne grupy produktów, co skutkowało spadkiem wartości wymiany handlowej. Przez administrację Trumpa wielokrotnie podkreślany był wątek utraconych na rzecz Chin miejsc pracy, jednak – jak podkreśla Krzysztof Domarecki – to właśnie kwestie pracownicze są jedną z przeszkód na drodze do decouplingu między dwoma krajami.

Amerykanie od lat mają bardzo niskie bezrobocie. To oznacza, że nie mają wolnych zasobów siły roboczej do przyjęcia nowej produkcji. W Europie sytuacja jest jeszcze gorsza. Już teraz, zwłaszcza w Niemczech, Francji, Belgii czy Holandii, jest tysiące firm, które nie są w stanie znaleźć robotników do pracy nawet na jedną pełną zmianę, pracują na pół zmiany. To oznacza, że ani Stany Zjednoczone, ani tym bardziej Europa nie są w stanie przyjąć tej olbrzymiej produkcji, która jest ulokowana w Chinach – mówi główny akcjonariusz Grupy Selena.

Kolejny aspekt to kwestie środowiskowe. Do Chin została bowiem przeniesiona produkcja najbardziej nieprzyjaznych dla środowiska sektorów, m.in. stali czy chemii.

– W międzyczasie zarówno Amerykanie, jak i Europejczycy zmienili reguły środowiskowe i dzisiaj żadna gmina, żadna społeczność, a już zwłaszcza organizacje zielonych nie pozwolą na to, żeby tę produkcję z powrotem do Europy czy Stanów ściągnąć. Dotyczy to również Polski – ocenia ekspert.

Zapowiedzi dotyczące zamykania zakładów w Chinach i przenoszenia ich do Europy czy USA mogą się więc zrealizować tylko częściowo.

– Nie widzę możliwości, żeby masową produkcję ściągnąć do Stanów czy Europy, co najwyżej pojedyncze elementy. Natomiast część tej produkcji może zostać rozrzucona po Azji, ale raczej ze skutkiem takim, że to będzie bardziej kosztowne, mniej efektywne, być może bardziej bezpieczne, ale i tak będzie się opierało o komponenty z Chin – podkreśla Krzysztof Domarecki.

Konsekwencje zerwania łańcuchów dostaw można obserwować od 2020 roku, kiedy wybuchła pandemia COVID-19. Kraje na całym świecie zaczęły zamykać granice i światowy handel na kilka miesięcy zamarł. Kiedy został odmrożony, okazało się, że brakuje produktów do eksportu i importu ze względu na wstrzymywane przez ryzyko zakażeń prace w fabrykach. Przykładem mogą być zakłócenia w produkcji półprzewodników, których skutki do dziś są odczuwalne na światowym rynku motoryzacji czy elektroniki. Zapowiedzi administracji Joe Bidena dotyczące nowych wymogów dla Amerykanów pracujących w chińskich firmach mogą oznaczać dalsze pogłębianie tych problemów. Zdaniem Krzysztofa Domareckiego konsekwencje szerszego decouplingu dla światowego handlu byłyby znacznie poważniejsze niż te z okresu pandemii.

– Jeśli to rozwiązanie mimo wszystko byłoby przeforsowane, to będzie oznaczało, po pierwsze, głębokie zubożenie społeczeństwa amerykańskiego. Po drugie, złamanie kontraktu społecznego w Europie, dlatego że koszty wszystkich wyrobów podskoczą nieprawdopodobnie i to nie będzie w stanie być skompensowane jakimikolwiek działaniami osłonowymi – wymienia ekspert. – W rezultacie możemy mieć niepokoje społeczne wszędzie na świecie. A de facto, żeby to przeforsować, to moim zdaniem nie da się tego przeprowadzić bez pełnowymiarowej wojny, w tym również wojny gorącej.

Jak prognozuje, nałożenie embarga na import z Chin oznaczałoby w USA masowe bankructwa i zwolnienia, wzrost różnego rodzaju kosztów przedsiębiorstw, a co za tym idzie – spadek wartości wycen spółek notowanych na giełdach. To przełożyłoby się na sytuację inwestorów, wśród których są też fundusze emerytalne. Z kolei Chiny prawdopodobnie szybko poradziłyby sobie z utratą kontrahentów i zrekompensowałyby sobie odpływ zamówień z USA dostawami do Azji, Afryki, Ameryki Łacińskiej czy na Bliski Wschód.

– To jest problem wielowymiarowy i dlatego moim zdaniem nie do przeprowadzenia – ocenia główny akcjonariusz Grupy Selena.

O więziach łączących Zachód i Chiny oraz o ewentualnym ich zerwaniu eksperci rozmawiali podczas panelu „Wojna gospodarcza USA – Chiny” w czasie Krynica Forum ’22 – Wzrost i Odbudowa. W panelu, oprócz Krzysztofa Domareckiego, wzięli udział prof. Bogdan Góralczyk, politolog i sinolog, Katarzyna Kacperczyk, była wiceminister spraw zagranicznych, oraz prof. Yu Bin z East China Normal University w Szanghaju. Krynickie forum odbyło się w dniach 19–21 października. Jego organizatorem był Instytut Kościuszki.

Branża drogownictwa obawia się skutków wstrzymania pieniędzy z UE. Spodziewa się cięć w inwestycjach

Wstrzymanie unijnych pieniędzy uderzy przede wszystkim w inwestycje realizowane przez samorządy, czego bardzo obawia się branża drogownictwa. Mniej kontraktów lokalnych to dla niej mniej pracy i możliwe kłopoty finansowe. Już ostatnie miesiące były dla branży bardzo trudne ze względu na dynamicznie rosnące ceny materiałów budowlanych, kosztów paliw i pracy. Projekty drogowe, zwykle długoterminowe, często realizowane są bez urealnienia stawek z umowy pierwotnej, więc to wykonawcy przejmują na siebie ciężar podwyżek. Firmy liczą, że zmienią to przepisy, które weszły w życie dwa tygodnie temu.

– Inwestycje na drogach krajowych, które prowadzi Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad, są w zdecydowanej mierze finansowane z budżetu krajowego. Środki z Unii Europejskiej stanowią pewien komponent, ale nie jest to ta przeważająca część. Natomiast w przypadku inwestycji samorządowych duża ich część jest finansowana z regionalnych programów operacyjnych i innych źródeł unijnych. Dlatego w samorządach jest w tej chwili duży niepokój związany z brakiem środków z KPO – mówi agencji Newseria Biznes Barbara Dzieciuchowicz, prezes Ogólnopolskiej Izby Gospodarczej Drogownictwa.

Krajowy Plan Odbudowy to 24 mld euro w formie bezzwrotnych dotacji i 12 mld euro w formie preferencyjnych pożyczek. Te środki miały trafić na realizację 54 inwestycji i wdrożenie 48 reform, których celem jest odbudowa polskiej gospodarki po pandemii COVID-19. Jednak wypłata tych pieniędzy wciąż jest zablokowana, ponieważ polski rząd nie wypełnił wymaganych przez Komisję Europejską tzw. kamieni milowych związanych z praworządnością. Jakiś czas temu pojawiły się nieoficjalne informacje także o tym, że zagrożona może być wypłata 75 mld euro dotacji na lata 2021–2027 z unijnej polityki spójności.

Jak wskazują m.in. analitycy Santander Banku, teoretycznie Polska może realizować projekty w ramach zatwierdzonych programów. Jednak do czasu spełnienia wymaganych warunków – czyli przywrócenia niezależności sądownictwa – KE nie będzie realizowała płatności i będzie wypłacać Polsce już tylko ostatnie, pozostałe środki z poprzedniego budżetu na lata 2014–2020. Ta sytuacja oznacza jednak bardzo duże zagrożenie dla realizacji inwestycji publicznych w kolejnych latach.

Ewentualna blokada pieniędzy z UE uderzy zwłaszcza w inwestycje realizowane przez samorządy, których budżety są już i tak wydrenowane przez kolejne zmiany w CIT i PIT, pandemię i kryzys energetyczny wywołany wojną w Ukrainie. Jednak duże inwestycje, finansowane z budżetu centralnego, też mogą być zagrożone.

Nie jest wykluczone, że mając mniej pieniędzy, rząd będzie podejmował decyzje o oszczędnościach również w przypadku inwestycji realizowanych na drogach krajowych. Jest obawa, że pewne cięcia mogą ich nie ominąć – mówi Barbara Dzieciuchowicz.

Co istotne, problemy z realizacją projektów drogowych – zwłaszcza w samorządach – mogą uderzyć również w małe i średnie firmy drogowe, które bazują na lokalnych inwestycjach.

– Dla firm drogowych będzie to oznaczać ograniczenie przetargów na realizację tych zadań i generalnie mniejszą ilość pracy. A to oznacza problemy z wykorzystaniem potencjału danej firmy – zarówno maszynowego, jak i ludzkiego – ostrzega prezes Ogólnopolskiej Izby Gospodarczej Drogownictwa.

Jak wskazuje, ten rok już i tak jest bardzo trudny dla firm z branży drogowej, ponieważ wybuch wojny w Ukrainie pociągnął za sobą gwałtowny wzrost cen materiałów budowlanych i kosztów prowadzenia działalności. Tymczasem do tej pory niewielu zamawiających publicznych zdecydowało się na podpisanie aneksów waloryzujących wartość podpisanych wcześniej kontraktów, które zrekompensowałyby te wzrosty.

– Nie wszystkie kontrakty mają zawarte klauzule waloryzacyjne, więc w efekcie te zwiększone koszty muszą ponieść wykonawcy. Jeżeli średnia rentowność branży drogowo-mostowej z ostatnich kilku lat to jest 3–4 proc., a ceny materiałów rosną o kilkadziesiąt czy nawet ponad 100 proc., to każdy laik widzi, że to będzie wiązało się dla nich z dużymi stratami – mówi Barbara Dzieciuchowicz.

10 listopada weszły w życie nowe przepisy dotyczące waloryzacji wynagrodzeń wykonawców w zamówieniach publicznych. Dają one możliwość urealnienia ustalonej w umowie wysokości wynagrodzenia dla wykonawcy, tak by zapewnić ciągłość realizacji zamówień. Obowiązek waloryzacji będzie dotyczył kontraktów na budowy dróg trwających powyżej sześciu miesięcy Ustawodawca zostawił stronom dowolność w zakresie sposobu, w jaki cena zostanie urealniona. Wskazał za to wyraźne podstawy do waloryzacji w przypadku braku klauzuli w umowie.

– Waloryzacja może zostać przeprowadzona np. w oparciu o stosowne wskaźniki publikowane przez prezesa GUS, przy czym wzrost wynagrodzenia wykonawcy spowodowany każdą kolejną zmianą nie może przekroczyć 50 proc. wartości pierwotnej umowy – wyjaśnia Ministerstwo Rozwoju i Technologii.

Ustawa przyznaje też dodatkową ochronę także podwykonawców w sytuacji, gdy zamawiający dokonał waloryzacji wynagrodzenia wykonawcy.

– Pytanie, jakie będą te klauzule waloryzacyjne, na jakich zasadach ta waloryzacja będzie się opierała, bo tu – bez uczciwego płacenia ze strony publicznej za zamówioną usługę, robotę bądź dostawę – w dłuższej perspektywie firmy faktycznie będą skazane na bankructwa – ocenia Barbara Dzieciuchowicz.

- Advertisement -

APLICATIONS

Plusy i minusy posiadania wanny

Plusy i minusy posiadania wanny Wanna to doskonałe rozwiązanie dla każdego, kto uwielbia długie, niezwykle relaksujące kąpiele. Dodatkowo na rynku pełno jest nowoczesnych modeli, które...

HOT NEWS