Jak bezpiecznie przewozić worki typu Big Bag?

Jak bezpiecznie przewozić worki typu Big Bag?Worki Big Bag nie są jeszcze dobrze znane, więc ich używanie pozostaje dla wielu osób wielką niewiadomą. Warto więc wspomnieć, że jest to nowoczesny model...

Mit o zanieczyszczonej rybie z Bałtyku dużym problemem dla polskich rybaków. Krajowe gatunki trafiają...

– Naszymi bałtyckimi rybami zajada się pół Europy, tylko nie Polacy. Ludzie nie mają świadomości, jak wiele naszych ryb wyjeżdża do wyedukowanej ekologicznie Europy Północnej i Zachodniej. Tymczasem do Polski trafiają ryby z innych mórz i oceanów – mówi Marcin Radkowski z Kołobrzeskiej Grupy Producentów Ryb. Jak wskazuje, w Polsce wciąż w dużej mierze pokutuje mit o zanieczyszczonej rybie z Bałtyku, który odstrasza konsumentów i stanowi duży problem dla rodzimych rybaków. Tymczasem najnowsze badania zrealizowane przez Morski Instytut Rybacki – Państwowy Instytut Badawczy jednoznacznie udowadniają, że ryby z Bałtyku i ich przetwory są bezpieczne, a ostatnimi laty zawartość niektórych substancji wręcz mocno spadła – przypominają eksperci z okazji przypadającego 27 czerwca Światowego Dnia Rybołówstwa.

 Polskie rybołówstwo i przetwórstwo ryb już od kilku lat boryka się z czarnym PR-em, jaki próbuje się robić rybom bałtyckim, twierdzeniem, że są one szczególnie zanieczyszczone, wręcz trujące, i przestrzeganiem konsumentów przed ich jedzeniem. Biorąc pod uwagę wyniki badań, prowadzonych zarówno w Morskim Instytucie Rybackim w ramach projektów naukowych, jak i przez inne instytucje programów monitoringu, mogę powiedzieć, że jest to mit – mówi agencji Newseria Biznes dr hab. inż. Joanna Szlinder-Richert, zastępca dyrektora ds. naukowych w Morskim Instytucie Rybackim – Państwowym Instytucie Badawczym.

Bałtyckie gatunki ryb – takie jak śledź, szprot, flądra, łosoś, turbot czy sandacz – często trafiają na stoły w Skandynawii czy krajach Europy Zachodniej, gdzie są cenione przez konsumentów za swoje prozdrowotne właściwości. Polacy natomiast sięgają po nie rzadko, do czego mit o zanieczyszczonej rybie z Bałtyku również się przyczynia. Tymczasem prowadzone od lat badania udowadniają, że ryby i przetwory z ryb z Morza Bałtyckiego zawierają śladowe zawartości zanieczyszczeń i w żadnym razie nie zagrażają konsumentom.

– To jest niepotrzebne straszenie konsumentów – podkreśla dr Joanna Szlinder-Richert. – Poziomy zanieczyszczeń, które na bieżąco monitorujemy w rybach bałtyckich, są znacznie niższe niż limity narzucone przez prawo. Przykładowo poziom metali ciężkich – takich jak rtęć, kadm czy ołów – już od około 30 lat jest dziesięciokrotnie niższy niż dopuszczalne normy.

Dla żywności dopuszczonej do sprzedaży na europejski rynek wprowadzane są restrykcyjne limity zanieczyszczeń, które nie mogą być przekroczone. Jej jakość gwarantuje też cały szereg mechanizmów kontrolnych, które weryfikują, czy na rynek trafiają produkty bezpieczne dla konsumentów. W Polsce zawartość zanieczyszczeń w rybach z Bałtyku jest monitorowana przez Państwowy Monitoring Środowiska, ale ich jakość kontrolują też sami producenci.

Jak wskazuje ekspertka MIR–PIB, zawartość niektórych zanieczyszczeń (np. dioksyn) w rybach z Bałtyku w ostatnich latach wręcz mocno spadła, co wiąże się z wprowadzaniem systemowych rozwiązań, które mają ograniczyć ich emisję do atmosfery, bo właśnie tą drogą do Morza Bałtyckiego trafia najwięcej zanieczyszczeń.

– Jeżeli ktoś przejmuje się zanieczyszczeniami w rybach, to, co wszyscy możemy zrobić, to właśnie dbać o środowisko. Nie ma powodów, żeby nie jeść ryb z Bałtyku, ponieważ ich walory zdrowotne są bardzo duże, a badania udowadniają, że poziomy zanieczyszczeń w tych rybach nam nie zagrażają – mówi.

– Mamy w związku z tym prośbę do Polaków, żeby w codziennym życiu dbali o ekologię. I to nie tylko tu w pasie nadmorskim, ale w całej Polsce. Nawet drobne codzienne czynności mogą prowadzić do tego, że odpadek wyrzucony gdzieś na południu Polski do rzeki czy strumienia finalnie ląduje w Bałtyku – podkreśla Marcin Radkowski, prezes Kołobrzeskiej Grupy Producentów Ryb, inicjator akcji Naturalnie Bałtyckie.

Mit o zanieczyszczonej rybie z Bałtyku to dziś jeden z ważniejszych problemów dla polskich rybaków, dla których ochrona wód tego morza jest kluczowa. W Polsce rybołówstwo zapewnia bowiem utrzymanie ok. 2,5 tys. osób, ale generuje przy tym kolejnych 20 tys. miejsc pracy w przetwórstwie rybnym oraz 31 tys. przy sprzedaży ryb i ich przetworów.

Rybacy są tak naprawdę największymi ekologami na Bałtyku. Nie ograniczamy się tylko do tego, że dbamy o stan zasobów, raportujemy, kiedy i gdzie poławiamy ryby, takimi sieciami, jak powinniśmy. Prowadzimy też cały szereg działań prośrodowiskowych – kilkukrotnie udało się nam pozyskać z UE dofinansowanie na usuwanie z dna Bałtyku sieci widm, czyli utraconego przez rybaków sprzętu połowowego. Bierzemy też udział w procesach certyfikacji w standardzie MSC i jesteśmy przekonani, że je pomyślnie przejdziemy. Nic nie stoi na przeszkodzie, żeby taki znaczek, związany z bardzo wyśrubowanymi standardami, otrzymać – zapewnia Marcin Radkowski.

Certyfikatem MSC są oznaczane ryby oraz produkty rybne, które zostały złowione albo wytworzone zgodnie z najwyższymi standardami jakościowymi, bez szkody dla środowiska. Polskie organizacje rybackie, które prowadzą połowy na Północnym Atlantyku czy Południowym Pacyfiku, są uczestnikami programu MSC już od ponad 10 lat. Od ubiegłego roku w procesie certyfikacji MSC uczestniczą też organizacje rybaków, którzy poławiają na rodzimym Bałtyku.

– W tej chwili realizujemy też projekt Naturalnie Bałtyckie, który ma przybliżyć Polakom nasze bałtyckie ryby. Jest mi autentycznie przykro, kiedy jeżdżę po Polsce i widzę, że polskich bałtyckich ryb nie ma zbyt wiele na sklepowych półkach i w restauracjach. Ludzie nie mają świadomości, jak wiele naszych ryb wyjeżdża do wyedukowanej ekologicznie Europy Północnej i Zachodniej. Tymczasem do Polski trafiają ryby z innych mórz i oceanów – mówi inicjator akcji.

Organizacje rybackie wskazują, że wybór ryb z Bałtyku to bardziej ekologiczna opcja, ponieważ ryby importowane, zanim trafią na stół, muszą przebyć tysiące kilometrów, co wiąże się z dodatkowymi ilościami zużywanego paliwa i emitowanego CO2. Spożywanie bałtyckich ryb jest ponadto sposobem na wspieranie polskich rybaków i krajowej gospodarki.

Pandemia była dla rybaków sporym problemem. To był czas, kiedy część jednostek przez choroby członków załogi nie mogła wychodzić w morze. Bardzo duża grupa rybaków odczuła to finansowo. Na pewno wyzwaniem w ostatnich latach są też zmiany klimatyczne i to, co w ich wyniku dzieje się nie tylko na świecie, ale i na Bałtyku – mówi Marcin Radkowski.

Według danych GUS na koniec 2020 roku polska flota rybacka liczyła 823 jednostki (o cztery mniej niż w poprzednim). W jej skład wchodziły dwa trawlery, 124 kutry oraz 697 łodzie rybackie. Z łowisk bałtyckich w 2020 roku pozyskano 130 tys. ton ryb, czyli o blisko 11 proc. mniej niż przed rokiem.

Według danych Europejskiego Obserwatorium Rynku w zakresie Rybołówstwa (EUMOFA) statystyczny Polak zjada rocznie ok. 14,5 kg ryb, czyli nawet trzykrotnie mniej niż mieszkańcy krajów śródziemnomorskich. Choć w ostatnich latach te statystyki powoli się poprawiają, to jednak nadal odbiegają od zaleceń ekspertów ds. żywienia, według których ryby powinny się pojawiać na talerzu przynajmniej dwa–trzy razy w tygodniu. Warto włączyć je do jadłospisu chociażby ze względu na wysoką zawartość pełnowartościowego białka, aminokwasów, witamin i cennych dla organizmu składników. Ryby z Bałtyku są w 100 proc. bezpieczne, nie są karmione antybiotykami, nie przekraczają żadnych rygorystycznie ustalonych limitów zanieczyszczeń. Zawierają za to m.in. jod, selen, żelazo, witaminy A, D3, E oraz wielonienasycone kwasy tłuszczowe omega-3.

– Kwasy omega możemy też znaleźć w innych rodzajach żywności, np. w olejach roślinnych. O co więc chodzi z tymi rybami, że są takie zdrowe? Otóż w rybach – zwłaszcza tych dziko żyjących – występują bardzo korzystne proporcje dwóch rodzin tych kwasów, czyli omega-3 i omega-6. Biorąc pod uwagę to, jakie proporcje kwasów zalecają dietetycy, oleje roślinne dostarczają w nadmiarze kwasów omega-6. Natomiast wprowadzając do diety ryby, można zbilansować i poprawić te proporcje – mówi dr Joanna Szlinder-Richert.

Naprawa laptopów i komputerów w Warszawie

Komputer jak każde urządzenie elektroniczne może ulec uszkodzeniom mechanicznym jak również zostać zawirusowane. Częstą przyczyna słabego działania komputera jest fakt braku aktualizacji systemu operacyjnego. Ten problem powoduje, że komputer działa co...

Uchodźcy z Ukrainy nadal potrzebują opieki medycznej. Polskę w pomocy na rzecz Ukrainy wspierać...

Lekarze i dentyści wolontariusze International Medical Relief z całego świata będą przyjmować ukraińskich pacjentów w placówkach Grupy LUX MED. – Brakuje nam lekarzy, więc każdy specjalista, każde ręce do pracy tutaj będą bardzo cenne – podkreśla Michał Rybak z Grupy LUX MED, która właśnie w tym celu nawiązała współpracę z International Medical Relief. To jedna z największych organizacji pozarządowych non-profit w USA, która zrzesza ok. 60 tys. medyków i wspiera Ukrainę od marca. Zapotrzebowanie na pomoc medyczną wśród uchodźców utrzymuje się na wysokim poziomie. 

 Uchodźcy zgłaszają się z różnymi problemami. Na początku to były zwykłe problemy po podróży: otarcia, drobne rany, zmęczenie, odwodnienie. Później przyszły infekcje, a teraz chorują w zasadzie na wszystko to, na co i my chorujemy. Mają choroby przewlekłe, potrzebują wizyty u specjalisty, badań. To wszystko musimy im zapewnić. Dlatego potrzebujemy różnych lekarzy i specjalistów z różnych dziedzin, żeby nas wspomagali – mówi Michał Rybak, wiceprezes zarządu ds. operacyjnych w Grupie LUX MED.

Od 24 lutego br., a więc od momentu wybuchu wojny w Ukrainie, granicę z Polską przekroczyło już ponad 5,7 mln obywateli tego kraju. Jednak ruch odbywa się też w drugą stronę, dlatego rzeczywista liczba ukraińskich uchodźców w Polsce jest na razie trudna do określenia. Unia Metropolii Polskich oszacowała, że – wraz z tymi, którzy byli tu już wcześniej – w maju br. wynosiła ona ok. 3,37 mln. Z kolei Polski Instytut Ekonomiczny podaje, że do 12 lipca br. obywatelom Ukrainy wydano w sumie ponad 1,225 mln numerów PESEL, uprawniających do korzystania z usług publicznych i wejścia na polski rynek pracy. Liczbę tych, którzy prawdopodobnie zostaną w Polsce, niezależnie od scenariusza zakończenia wojny, rząd szacuje na co najmniej milion osób.

– Przybyło nam dużo ludzi, zwiększyła nam się populacja osób i w każdej dziedzinie życia mamy jakieś problemy – począwszy od edukacji i mieszkań, po służbę zdrowia. Po prostu zetknęliśmy się z sytuacją nadzwyczajną. I najlepszą receptą w tej sytuacji jest współpracować, mieć dobrą wolę rozwiązywania tych problemów – dodaje wiceprezes zarządu ds. operacyjnych w Grupie LUX MED.

Grupa LUX MED, już dwa dni po ataku Rosji na Ukrainę, wprowadziła specjalny program wsparcia medycznego i zawodowego dla uchodźców. Do tej pory udzieliła takiej pomocy ponad 110 tys. osób, realizując prawie 200 tys. usług medycznych, najwięcej w Warszawie, Krakowie, Wrocławiu i Trójmieście. Statystyki pokazują, że to właśnie w dużych ośrodkach miejskich osiedla się największa liczba ukraińskich uchodźców.

– Potrzeby obywateli Ukrainy są ogromne: począwszy od opieki medycznej i dentystycznej, poprzez potrzeby mieszkaniowe, aż po odnalezienie się w nowej sytuacji życiowej i wytyczenie nowych celów – mówi Karla Prentiss, wiceprezes International Medical Relief.

Jak zauważa Michał Rybak, wyzwaniem jest niedobór lekarzy i personelu medycznego, z którym Polska borykała się już wcześniej, jeszcze przed wybuchem wojny za wschodnią granicą. Aby wypełnić tę lukę, grupa nawiązała właśnie współpracę z International Medical Relief, jedną z największych organizacji pozarządowych non-profit w USA, która zrzesza ok. 60 tys. medyków wolontariuszy.

– Dzięki podpisanej umowie o współpracy IMR będzie przesyłać lekarzy do centrum dla uchodźców w Nadarzynie – mówi  wiceprezes zarządu ds. operacyjnych w Grupie LUX MED. – Każdy specjalista, każde ręce do pracy będą bardzo cenne.

– Angażujemy się we współpracę z Grupą LUX MED, żeby zapewnić uchodźcom opiekę medyczną i dentystyczną, ale i środowiskową edukację zdrowotną – dodaje Karla Prentiss. – Dzięki połączeniu naszych zasobów i współdziałaniu będziemy mogli trwale zmieniać życie uchodźców w perspektywie długoterminowej.

Lekarze wolontariusze z IMR będą udzielać pomocy uchodźcom z Ukrainy zgodnie z przepisami rządowej specustawy, przyjętej wiosną br. Lekarze, dentyści i pielęgniarki z całego świata będą przyjmować ukraińskich pacjentów w placówkach Grupy LUX MED. Część z nich już jest w Polsce.

Codziennie od 24 lutego br. śledzę doniesienia medialne i w końcu postanowiłam tu przyjechać. Czytałam historie obywateli Ukrainy i poczułam potrzebę, żeby zrobić dla nich coś więcej – mówi dr Rebecca Bowers, lekarz pogotowia ratunkowego z Kentucky w USA. – Największym wyzwaniem jest w tej chwili bariera językowa. Nie znam języka ukraińskiego, polskiego ani rosyjskiego, więc przy każdej wizycie potrzebuję pomocy tłumacza, żeby móc się porozumieć. Problematyczną kwestią jest też ustalenie, jakie leki przyjmują pacjenci. One całkowicie różnią się od tych, które przepisuję w USA, dlatego czasem jest to trudne. Ale zdecydowanie warto przyjechać, bo coś takiego mogłoby się przydarzyć każdemu w USA, w Europie, w dowolnym kraju na świecie. Być może kiedyś to my będziemy potrzebować pomocy i chcielibyśmy, aby w takiej sytuacji ktoś nam pomógł.

Wsparcie medyczne dla uchodźców z Ukrainy jest świadczone we wszystkich placówkach i w 14 szpitalach Grupy LUX MED. Natomiast w Warszawie, w budynku hotelu Marriott, działa specjalne Centrum Medyczne dla Uchodźców, do którego po pomoc zgłasza się nawet kilkaset osób dziennie. Są tam dostępne m.in. gabinety pediatrii, internistyczne, ginekologiczne, zabiegowe czy opieki psychologicznej. W centrum pracuje też personel medyczny z Ukrainy, co znacząco ułatwia kontakt na linii pacjent–lekarz.

Poza tym LUX MED koordynuje też duży punkt medyczny w Ptak Warsaw Expo, zapewniający pilną opiekę medyczną osobom przybywającym z Ukrainy. To jeden z większych punktów medycznych w Europie, gdzie pomoc medyczna udzielana jest przez lekarzy, pielęgniarki i ratowników medycznych w specjalnie przygotowanych gabinetach konsultacyjno-diagnostycznych.

– Punkt czynny jest siedem dni w tygodniu, 24 godziny na dobę, udzielamy pomocy lekarskiej uchodźcom przez cały czas. Od początku naszej działalności przyjęliśmy ich już ponad 20 tys. To jest głównie pomoc ambulatoryjna, ale załatwiamy również hospicja, domy pomocy, wizyty u specjalistów czy zabiegi operacyjne – mówi Grażyna Sadłowska z Grupy LUX MED, koordynatorka punktu medycznego dla uchodźców w podwarszawskim Nadarzynie.

Statystyki pokazują, że ukraińscy uchodźcy w placówkach LUX MED najczęściej korzystają z konsultacji internistycznych, pediatrycznych i ginekologicznych, co prawdopodobnie wynika z faktu, że gros przyjeżdżających do Polski stanowiły kobiety z dziećmi. Te drugie też wymagają szczególnej opieki, bo aż 90 proc. z przebadanych dotychczas 1 tys. ukraińskich dzieci zmaga się z próchnicą.

Wielu uchodźców z Ukrainy cierpi również na choroby przewlekłe, które nieleczone mogą doprowadzić do poważnych powikłań. Dlatego w szpitalach LUX MED kontynuują m.in. leczenie onkologiczne albo korzystają ze specjalistycznej pomocy okulistycznej czy ortopedycznej.

W tej chwili mamy wyzwania polegające m.in. na zorganizowaniu pomocy socjalnej. To są domy opieki, hospicja, wyjazdy i zabiegi operacyjne, leczenie terminalnych pacjentów, głównie onkologicznych – mówi Grażyna Sadłowska.

Poza pomocą medyczną Grupa LUX MED oferuje też uchodźcom zatrudnienie na stanowiskach asystenta lekarza, asystenta medycznego czy sekretarki medycznej. W jej placówkach pracuje ok. 165 osób z Ukrainy, a proces rekrutacji trwa. Do tej pory wpłynęło ponad 1,2 tys. aplikacji, z czego 40 proc. to zgłoszenia lekarzy. 

WEI: Przyszła kadencja prezesa NBP może być najtrudniejsza w historii. Powołanie na nią prof....

Inflacja i rosnące stopy procentowe, wciąż odczuwalne efekty pandemii COVID-19, wojna w Ukrainie, niepewność na rynku surowców oraz napływ ponad 2 mln uchodźców na polski rynek mieszkaniowy i rynek pracy – wszystkie te czynniki będą stanowić poważne wyzwanie dla prezesa Narodowego Banku Polskiego w kolejnych latach. – Aby uspokoić nastroje w tym bardzo niepewnym czasie, trzeba teraz jak najszybciej doprowadzić do wyboru prezesa NBP – podkreśla Piotr Palutkiewicz, wiceprezes Warsaw Enterprise Institute. W jego ocenie powołanie prof. Adama Glapińskiego na drugą kadencję może uspokoić rynki finansowe i zapewnić przewidywalność w polityce monetarnej.

– Systemy gospodarcze i walutowe na całym świecie mają za sobą bezprecedensowe dwa lata, a wiele wskazuje na to, że zawirowania są jeszcze przed nami. Polska gospodarka i system finansowy będą musiały poradzić sobie z wieloma wyzwaniami. Po pierwsze, przestajemy żyć w świecie niskich stóp procentowych, co będzie przekładać się na zdecydowanie wyższy koszt zaciągania kredytów i spłaty już zaciągniętych zobowiązań. Może więc dojść do osłabienia poziomu inwestycji. Nie wiemy też, jak w tej sytuacji zachowa się rynek kredytów mieszkaniowych. Jednocześnie na rynku nieruchomości mamy w tej chwili do czynienia z napływem obywateli Ukrainy, którzy dodatkowo napędzają popyt – mówi agencji Newseria Biznes Piotr Palutkiewicz.

Fala uchodźców z Ukrainy, którzy uciekają przed rosyjską agresją, nie pozostanie bez wpływu na polską gospodarkę. Według danych Straży Granicznej polsko-ukraińską granicę przekroczyło już ponad 2,2 mln osób, a WEI prognozuje, że docelowo ich liczba może być jeszcze wyższa. Przyjęta na początku marca br. specustawa dotycząca pomocy uchodźcom z Ukrainy zapewnia im uproszczoną legalizację pobytu, numer PESEL, opiekę medyczną i dostęp do edukacji, ułatwienia w zatrudnieniu i pakiet świadczeń socjalnych. Analitycy wskazują jednak, że kwoty niezbędne do realizacji tego programu będą gigantycznym obciążeniem dla polskiego budżetu. Kryzys migracyjny oznacza też duże zawirowania na rynku nieruchomości i rynku pracy.

 To sytuacja, z którą polska gospodarka nie miała jeszcze nigdy do czynienia – podkreśla wiceprezes Warsaw Enterprise Institute.

Napływ uchodźców z Ukrainy to niejedyny wpływ wojny za wschodnią granicą na polską gospodarkę, którą w najbliższym czasie czeka lekkie wyhamowanie. Według prognoz Narodowego Banku Polskiego dynamika wzrostu polskiego PKB wyniesie w tym roku 4,4 proc. (wobec zakładanych wcześniej 4,9 proc.), a następnie spowolni do 3 proc. w 2023 i 2,7 proc. w 2024 roku. Do tego hamowania mają się przyczynić m.in. zaburzenia w handlu zagranicznym i duża zmienność cen surowców na światowych rynkach.

– Niepewne wciąż jest to, jak wojna w Ukrainie odbije się na wzroście cen, a nasz kraj – granicząc z rejonem konfliktu – jest przy tym dodatkowo narażony na negatywne postrzeganie inwestorów – podkreśla ekspert.

Dużym wyzwaniem pozostaje gwałtownie rosnąca inflacja. Najnowsza projekcja NBP zakłada, że inflacja CPI wyniesie w tym roku 10,8 proc., a w przyszłym 9 proc., jednak wraz z kolejnymi podwyżkami stóp procentowych przyszłe odczyty będą się obniżać.

Jak wskazuje ekspert, wszystkie te czynniki będą wyzwaniem dla banku centralnego i jego prezesa.

Podczas drugiej kadencji prezesa NBP jednym z największych wyzwań będzie bez wątpienia zarządzanie systemem finansowym, w którym mamy do czynienia z wysokimi stopami procentowymi, co z kolei odbije się na rynku kredytów hipotecznych i kredytów inwestycyjnych dla przedsiębiorstw, a tym samym wpłynie na poziom inwestycji w polskiej gospodarce. Będzie się więc mierzył z wyzwaniami, z którymi do tej pory żaden prezes banku centralnego w Polsce nie miał do czynienia – mówi Piotr Palutkiewicz.

Aktualna kadencja prof. Adama Glapińskiego na stanowisku szefa NBP upływa 21 czerwca 2022 roku. Prezydent Andrzej Duda już w styczniu zawnioskował jednak do marszałek Sejmu o powołanie go na drugą kadencję w tej roli. Zdaniem ekonomisty sama nominacja ustabilizowała rynki finansowe, kończąc ze spekulacjami i niepewnością, a teraz potrzebne jest szybkie zatwierdzenie tej kandydatury.

– Przedsiębiorcy, konsumenci i gospodarka nie lubią niepewności. Kryzys epidemiczny, a potem wojenny do granic możliwości rozchwiały nastroje i predykcje dotyczące tego, co może się jeszcze wydarzyć w przyszłości. Dokładanie teraz kolejnych niepewności – w postaci braku ciągłości kadrowej w instytucjach, które odpowiadają za politykę budżetową czy monetarną – byłoby złym ruchem – ocenia wiceprezes WEI. – Pytania o to, kto będzie kolejnym prezesem, jaką przyjmie politykę dotyczącą np. zarządzania stopą procentową, obrony kursu walutowego czy tworzenia rezerw złotowych, to są kolejne niepewności, które zostałyby wstrzyknięte na rynek w momencie, kiedy dokonalibyśmy zmiany prezesa Narodowego Banku Polskiego w tym już i tak niepewnym okresie.

Ekspert wskazuje, że pierwsza kadencja prof. Adama Glapińskiego na stanowisku prezesa NBP była trudna z uwagi na zewnętrzne uwarunkowania, które dotknęły polską gospodarkę. Po kryzysie związanym z pandemią COVID-19 gospodarki musiały się zmierzyć z rosnącą inflacją i zaburzonymi łańcuchami dostaw, a na wszystkie te wyzwania teraz nałożyła się wojna w Ukrainie.

– Podczas całej tej kadencji polska giełda zachowywała się stabilnie i przewidywalnie. Inwestorzy mogli mieć poczucie, że ze strony banku centralnego realizowana jest konsekwentna i stabilna polityka. Oczywiście dochodziło do wielu zawirowań, jak np. decyzje odnośnie do podatków, kryzys pandemiczny, kryzys praworządności etc., które wpływały na chwilowe osłabienie kursu złotego i postrzegania Polski jako dobrego kraju do inwestycji. Jednak trzeba docenić to, że bank centralny – najpierw w okresie kryzysu pandemicznego, a teraz wojennego – dobrze reagował w celu obrony kursu naszej waluty. Oczywiście wciąż mamy osłabiony kurs walutowy, który wynika z niepewności zewnętrznych, ale mimo wszystko te interwencje były skuteczne – mówi Piotr Palutkiewicz.

Plusy i minusy posiadania wanny

Plusy i minusy posiadania wanny Wanna to doskonałe rozwiązanie dla każdego, kto uwielbia długie, niezwykle relaksujące kąpiele. Dodatkowo na rynku pełno jest nowoczesnych modeli, które posiadają udogodnienia takie, jak hydromasaż, co wzmaga...

Eksperci prognozują co najmniej kilkunastoprocentowy wzrost cen usług telekomunikacyjnych. Jeśli ustawa o cyberbezpieczeństwie wejdzie...

Przedsiębiorcy rynku telekomunikacyjnego, prawnicy, eksperci i politycy krytykują tryb procedowania nowelizacji ustawy o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa. Siódma wersja projektu, która pojawiła się w marcu, podobnie jak pięć poprzednich nie została poddana konsultacjom społecznym, mimo wprowadzania do nich istotnych zmian. Krytyka dotyczy szczególnie możliwości wykluczania z rynku pochodzących spoza UE i NATO dostawców sprzętu i usług ICT. Eksperci ostrzegają, że konieczność rezygnacji ze sprzętu danego dostawcy będzie dla operatorów oznaczała spory wydatek. Koszty szacowane na miliardy złotych zostaną ostatecznie przeniesione na konsumentów. 

 Prace nad ustawą o cyberbezpieczeństwie trwają od prawie dwóch lat. W tej chwili mamy do czynienia już z siódmą wersją tego projektu. Zgłoszono do tej pory 750 poprawek i praktycznie – oprócz tej początkowej wersji – nie było żadnych konsultacji. Widać, że sposób procedowania tej ustawy jest patologiczny. A to oznacza, że nie może prowadzić do dobrych rezultatów, ponieważ nie uwzględni interesów bardzo dużej grupy polskich przedsiębiorstw – mówi agencji Newseria Biznes Andrzej Arendarski, prezydent Krajowej Izby Gospodarczej. – Rozumiem, że szczególnie teraz względy bezpieczeństwa są na pierwszym miejscu, ale nie mogą być przykrywką do partactwa legislacyjnego i do pomijania interesariuszy, istotnych z punktu widzenia przyszłego kształtu ustawy.

Ustawa o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa (KSC), przyjęta w 2018 roku, to pierwszy w Polsce akt prawny dotyczący tego obszaru. Rząd już od jesieni 2020 roku przymierza się do jej nowelizacji, która ma wzmocnić polskie bezpieczeństwo cybernetyczne. Nowela wpłynie też na kształt całego polskiego rynku telekomunikacyjnego oraz wdrażanie w Polsce sieci 5G i wybór dostawców infrastruktury dla tej technologii. Prace nad nowelizacją od początku budzą kontrowersje. Zgłoszone w czasie pierwszych – i jedynych konsultacji – uwagi ze strony rynku zostały jednak uwzględnione w stopniu marginalnym, za to w kolejnych wersjach projektu rząd wprowadzał daleko idące zmiany, jak np. pomysł powołania państwowego operatora telekomunikacyjnego. Nie zostały one jednak omówione z rynkiem. Dlatego wątpliwości branży i ekspertów budzą zarówno jego zapisy, jak i tryb procedowania.

– W intencji zapisy tej ustawy mają prowadzić do zwiększenia cyberbezpieczeństwa naszego kraju i szerzej, Unii Europejskiej i NATO, bo jesteśmy częścią tych organizacji. Natomiast sposób, w jaki to jest przeprowadzane, chaos będzie prowadził raczej w kierunku odmiennym. Dlatego jako Krajowa Izba Gospodarcza kilka dni temu wysłaliśmy pismo do premiera, domagając się rzetelnych konsultacji ze wszystkimi interesariuszami rynku telekomunikacyjnego – mówi Andrzej Arendarski.

Jedną z największych kontrowersji w projektowanej ustawie jest od początku mechanizm oceny profilu ryzyka dostawców sprzętu i usług ICT na polski rynek. Ma jej dokonywać rządowe Kolegium ds. Cyberbezpieczeństwa, które pod uwagę weźmie szereg kryteriów technicznych i nietechnicznych. Zgodnie z najnowszą wersją projektu są wśród nich m.in. certyfikaty oraz liczba i rodzaj wykrytych podatności, ale kolegium uwzględni też to, czy dostawca pochodzi spoza UE lub NATO oraz jakie stwarza ryzyko dla realizacji zobowiązań sojuszniczych i europejskich.

Co ciekawe, w pierwotnej wersji projektu jednym z kryteriów było również to, czy w kraju pochodzenia dostawcy są przestrzegane prawa człowieka, jednak rząd po fali krytyki wycofał się z tego pomysłu. Zdaniem rynku i ekspertów narodowościowe kryteria są bowiem wprost wymierzone w dostawców technologii z Chin.

–  Im bardziej radykalna wersja przepisów przejdzie, im krótszy będzie czas na ewentualną wymianę sprzętu, im więcej dostawców zostanie z rynku wyrzuconych, a mówimy o całym zbiorze różnych firm, które produkują sprzęt w Azji i mogą zostać z tego rynku usunięte, tym większe będą koszty. I tutaj mamy, w mojej ocenie, w tej chwili jedną wielką niewiadomą. Natomiast koszty pośrednie i bezpośrednie wzrosną i to jest coś, z czym wszyscy właściwie eksperci, którzy brali udział w dyskusji Zespołu ds. Ochrony Praw Konsumentów i Przedsiębiorców, się zgadzają, i coś, czego rząd nie uwzględnia w swoich analizach i nie komunikuje tego transparentnie społeczeństwu, ile ta operacja może kosztować – mówi Krzysztof Bosak, poseł Konfederacji, który uczestniczył w debacie parlamentarnego zespołu, jaka odbyła się 22 kwietnia br. na terenie Sejmu.

Projektowany w ustawie mechanizm oceny jest istotny o tyle, że na jego podstawie – bazując na opinii Kolegium ds. Cyberbezpieczeństwa – minister właściwy ds. informatyzacji będzie mógł podjąć decyzję o uznaniu danego dostawcy za tzw. dostawcę wysokiego ryzyka, czyli podmiot stanowiący „poważne zagrożenie dla obronności, bezpieczeństwa państwa lub bezpieczeństwa i porządku publicznego”. Nadanie takiego statusu będzie zaś de facto oznaczać wykluczenie z polskiego rynku, bez realnych narzędzi odwoławczych.

– Od tej decyzji nie ma odwołania. To też bardzo dziwi, bo właściwie każde prawo, które w czymś ogranicza przedsiębiorców, powinno mieć swoją drogę odwoławczą. Tutaj takiej drogi nie ma. Decyzja raz podjęta na zawsze wyklucza daną firmę z polskiego rynku telekomunikacyjnego – zauważa Andrzej Arendarski.

Operatorzy i firmy telekomunikacyjne, które korzystają ze sprzętu i usług dostawcy wysokiego ryzyka, zgodnie z ustawą będą zmuszone pozbyć się ich w ciągu kilku lat. To zaś oznacza dla nich wielomiliardowe koszty, związane choćby z wymianą sprzętu na nowy. Eksperci wskazują, że bez wątpienia odbije się to na cenach usług dla klientów.

– Jeżeli wartość zakupu sprzętu w przypadku budowy infrastruktury 5G na jednego operatora to będą kwoty liczone w setkach milionów złotych, to jeśli wiemy, że jest czterech operatorów, daje nam to wartości liczone w miliardach. Operatorzy nie są instytucjami charytatywnymi. To są firmy obliczone na zysk, osiągnięcie jak najlepszych wyników finansowych – wobec tego te koszty będą musiały zostać rozłożone na klientów, którzy korzystają z ich usług – mówi prof. dr hab. Maciej Rogalski, rektor Uczelni Łazarskiego. – Można z pewnym założeniem stwierdzić, że ten wzrost cen usług telekomunikacyjnych będzie o co najmniej kilkanaście procent, jeżeli nie więcej.

Do oceny dostawców sprzętu i usług ICT zostali dopuszczeni – po wielomiesięcznych apelach z rynku – operatorzy i firmy telekomunikacyjne. Taką możliwość dostali jednak tylko najwięksi gracze, którzy w poprzednim roku wypracowali obroty w wymaganej ustawą wysokości (równowartość około 113 mln zł). To oznacza, że MŚP będą z tej procedury wykluczone, co de facto pozbawia je możliwości decydowania o kształcie rynku, na którym prowadzą działalność. Jak wskazuje w liście do premiera KIG, o ile ustawa nakłada obowiązek na 4 tys. przedsiębiorców telekomunikacyjnych, o tyle szczególne uprawnienia przyznano tylko kilkunastu.

 W świetle dotychczasowych zapisów projektów ustawy o cyberbezpieczeństwie małe i średnie firmy mogą poczuć się dyskryminowane, ponieważ są wykluczane z procesu decyzyjnego dotyczącego dopuszczenia na polski rynek dostawców sprzętu spoza krajów Unii Europejskiej i NATO – mówi Andrzej Arendarski. – Trzeba dopuścić do udziału w tym procesie nie tylko te największe firmy, tych gigantów operatorów, ale również przedstawicieli MŚP, choćby w formie izb przemysłowo-handlowych, które zrzeszają takie przedsiębiorstwa.

Eksperci wprost wskazują, że projektowana ustawa o cyberbezpieczeństwie będzie mieć daleko idące konsekwencje ekonomiczne i wpłynie na rozwój polskiego rynku telekomunikacyjnego w nadchodzących latach, dlatego powinna zostać poddana rzetelnym konsultacjom publicznym. Co istotne, jej kształt może mieć też wpływ na relacje między Polską i Chinami, które – w obawie przed dyskryminacją swoich firm – podejmą działania odwetowe wymierzone w przedsiębiorstwa z Polski.

– Tego rodzaju rozwiązanie, że wyklucza się określone podmioty tylko z tej racji, że pochodzą z innego kraju czy innego obszaru gospodarczego, jest zawsze bardzo ryzykowną operacją z punktu widzenia ekonomicznego, prawnego, podstawowych zasad konkurencji. Wykluczenie określonego dostawcy tylko z tego powodu, że pochodzi z innego kraju, oznacza możliwość wygenerowania problemów o charakterze prawnym z tytułu przepisów obowiązujących w regulacjach unijnych, ale także i umów międzynarodowych, które zakładają wolność, swobodę handlu międzynarodowego. To także ryzyko retorsji ze strony krajów, z których pochodzą ci producenci – zauważa prof. Maciej Rogalski.

– Jesteśmy zwolennikami dbania o cyberbezpieczeństwo, ale z uwzględnieniem zasad wolności gospodarczej, nieingerowania w rynek bardziej niż to absolutnie niezbędne. A to powinno wynikać z pewnych obiektywnych miar o charakterze technicznym, z wymagań sprzętowych, z certyfikacji sprzętu i stosowanych zabezpieczeń czy też trybu świadczonego wsparcia w przypadku wystąpienia jakichś zagrożeń, incydentów, awarii, naruszeń – mówi Krzysztof Bosak. – W naszym odbiorze ten sposób konstruowania przepisów ma dużo wspólnego z polityką, a bardzo mało z cyberbezpieczeństwem – zwraca uwagę poseł.

Start-upy w centrum zainteresowania inwestorów i korporacji

Choć 53 proc. start-upów odczuło brak nowych odbiorców produktów lub usług, a 35 proc. spadki sprzedaży, to stosunkowo niewiele z nich ocenia wpływ pandemii na swoją działalność jako negatywny. Ponad jedna trzecia...

Na rynku nie ma nowych samochodów, a ceny używanych rosną. Auto z drugiej ręki...

Ponieważ na rynku brakuje nowych samochodów, kupujący szukają okazji na rynku używanych pojazdów. Zakup auta z drugiej ręki nastręcza jednak coraz większych problemów, bo ceny rosną, a ich dostępność jest coraz mniejsza. W I kwartale br. liczba ofert używanych samochodów dostępnych na rynku była aż o 20 proc. niższa niż w przedpandemicznym 2019 roku – wynika z danych Autobaza.pl. – Dochodzi do takich kuriozalnych sytuacji, że dziś samochód używany okazuje się być dobrą inwestycją. Wystarczy kupić dobre, sprawdzone auto i za rok będzie można odsprzedać je już za wyższą kwotę – mówi ekspert serwisu Przemysław Gąsiorowski.

– Prognozy dla rynku motoryzacyjnego są nieciekawe. Wojna w Ukrainie się przedłuża, przez co dostawy komponentów cały czas kuleją. Fabryki muszą szukać nowych poddostawców, produkcja nowych samochodów jest ograniczana. Co więcej, w Chinach znowu zaczął atakować COVID-19 i tamtejsze fabryki samochodów zaczynają mieć przestoje. To oznacza, że nowych samochodów jak nie było, tak dalej nie będzie – i to jeszcze długo, a przez to też ceny samochodów używanych będą stale rosły – mówi agencji Newseria Biznes Przemysław Gąsiorowski, ekspert Autobaza.pl.

Jak podkreśla, rynek motoryzacyjny nie zdążył jeszcze podźwignąć się po dwóch latach pandemii, która zerwała globalne łańcuchy dostaw komponentów, kiedy wybuchała wojna w Ukrainie. Dla branży automotive to kolejny duży cios, ponieważ Ukraina odpowiada za produkcję gazów takich jak neon, argon czy krypton, które są niezbędne do produkcji półprzewodników.

Duży producent komponentów do produkcji samochodów, czyli Rosja, zaatakował innego dużego gracza na tym rynku – mówi ekspert. – Ukraina jest dużym producentem, który przetwarzał gaz potrzebny do produkcji półprzewodników i odpowiadał za produkcję wiązek elektrycznych. Szacuje się, że w tym roku około miliona samochodów nie zostanie wyprodukowanych, ponieważ Ukraina nie dostarczy tych komponentów.

Ponieważ na rynku brakuje nowych samochodów, kupujący szukają okazji w używanych pojazdach. Tych jest jednak coraz mniej, a zakup używanego auta nie należy do najłatwiejszych. Według danych serwisu Autobaza.pl w I kwartale br. liczba ofert używanych samochodów dostępnych na rynku była o 4 proc. niższa niż w roku poprzednim, o 11 proc. niższa niż w 2020 roku i aż o 20 proc. niższa niż w przedpandemicznym 2019 roku. To właśnie efekt zerwanych łańcuchów dostaw i braku półprzewodników, na które teraz dodatkowo nałożyła się wojna w Ukrainie.

– Jeżeli klient chciał kupić nowy samochód, teraz musi czekać na niego rok albo dłużej. Dlatego firmy, jeśli leasingi kończą im się w tym lub przyszłym roku, niestety nie decydują się na zamknięcie tych umów, kontynuują je, więc na rynek nie trafiają poleasingowe, używane samochody dla klientów indywidualnych – zauważa Przemysław Gąsiorowski.

Jak wskazuje, import samochodów z zagranicy wciąż jest popularny, ponieważ takie auta są bardzo dobrze utrzymane, serwisowane w serwisach ASO i lepiej wyposażone niż te w Polsce. Jednak i w tym przypadku sprowadzenie auta z Niemiec bądź któregoś z zachodnich rynków nastręcza w tej chwili sporych problemów.

Niemcy, Francuzi, Belgowie czy Holendrzy trzymają swoje samochody, nie chcą ich sprzedawać, ponieważ nie mogą kupić sobie nowego. Tak więc import do Polski jest mocno ograniczony – mówi ekspert Autobaza.pl. – W I kwartale tego roku import używanych samochodów z Niemiec do Polski skurczył się o 30 proc. w porównaniu z poprzednim rokiem. Tych aut jest coraz mniej, więc ich cena rośnie. I dochodzi do takich kuriozalnych sytuacji, że dziś samochód używany okazuje się być dobrą inwestycją. Wystarczy kupić dobre, sprawdzone auto i za rok będzie można odsprzedać je już za wyższą kwotę.

Z badania „Portfele Polaków pod lupą”, przeprowadzonego jeszcze przed wybuchem wojny na zlecenie Volkswagen Financial Services, wynika, że mimo rynkowych problemów prawie 1/3 ankietowanych planuje w 2022 roku zakup samochodu, przy czym aż 57 proc. klientów prywatnych wykazało chęć zakupu pojazdu z drugiej ręki.

Chętni muszą się jednak liczyć z cenami wyższymi niż w ostatnich latach. Duży popyt i ograniczona dostępność w oczywisty sposób przekładają się bowiem na wzrost cen. W I kwartale br. o 16 proc. r/r zwiększyła się liczba ofert pojazdów używanych z przedziału cenowego 50–100 tys. zł i aż o 1/3 wzrosła liczba ofert aut o wartości ponad 100 tys. zł – wynika z danych Autobaza.pl. Dlatego osoby poszukujące konkretnego standardu auta, nie chcąc przekraczać założonego budżetu, częściej decydują się na zakup starszego egzemplarza.

W związku z tym rynek samochodów używanych w Polsce będzie niestety coraz starszy – mówi Przemysław Gąsiorowski. – Teraz średni wiek to około 14 lat. Samochody importowane zza naszej zachodniej granicy mają 12 lat. To oznacza, że za kilka lat w Polsce będziemy już jeździć pełnoletnimi samochodami.

Chętnych na zakup aut używanych w Polsce jest dużo także wśród Ukraińców – nie tylko mieszkających w Polsce, lecz także wracających do kraju, wraz z przesunięciem frontu na wschód Ukrainy. W ciągu niecałego miesiąca, od 5 kwietnia do początku maja br., sprowadzono do Ukrainy z Polski ok. 30 tys. aut. Jak wyjaśnia ekspert Autobaza.pl, to efekt zniesienia cła i podatku VAT na import samochodów do Ukrainy, dzięki czemu cena pojazdu może być mniejsza o 20–30 proc. Wschodni sąsiedzi Polski kupują samochody nie tylko do prywatnego użytku, ale też wiele z nich wykorzystywanych jest w działaniach militarnych. 

Pożyczka długoterminowa, na co uważać?

W ostatnich latach na rynku usług finansowych pojawiło się wiele nowych spółek oferujących różnego rodzaju produkty finansowe takie jak tanie pożyczki lub pożyczki na dowód. Dla wielu osób skorzystanie z tego...
- Advertisement -

APLICATIONS

Nowe otwarcie w światowym handlu. Firmy zmieniają łańcuchy dostaw i strategie...

Ostatnie półtora roku okazało się punktem zwrotnym dla światowego handlu. Mimo że pandemiczne zakłócenia nie były tak brzemienne w skutkach, jak się początkowo spodziewano, to i tak dla wielu przedsiębiorstw stały się okazją do zrewidowania strategii zamówień, produkcji i dystrybucji. W efekcie dziś dywersyfikują dostawców i ryzyko, często skracając łańcuchy dostaw. Także państwa przygotowują się na nowe otwarcie w światowym handlu – nowe przepisy w USA czy UE mają zagwarantować, że kluczowe dla gospodarki półprzewodniki będą produkowane lokalnie, a krytyczna infrastruktura będzie lepiej chroniona i monitorowana. 

 Pandemia pokazała słabe strony strategii just-in-time i kruchość łańcuchów dostaw, które – jeśli są zbyt długie i za bardzo zależne od dostawców w odległych częściach świata – okazują się słabością – mówi agencji Newseria Biznes Weronika Achramowicz, radca prawny i partner w kancelarii Baker McKenzie.

Na niemal każdy dostępny na rynku produkt składa się kilka etapów: od pozyskania surowca, poprzez produkcję, aż po dystrybucję. Pandemia COVID-19 spowodowała ogromne zakłócenia w tym łańcuchu, które po raz pierwszy w historii przybrały tak dużą skalę. Unaoczniła problemy wynikające m.in. z braku dywersyfikacji i uzależnienia się od jednego dostawcy. Badanie przeprowadzone przez PwC, SpotData i firmę badawczą CBM Indicator pokazało, że już wiosną 2020 roku, czyli w trakcie pierwszej fali COVID-19, zakłócenia w łańcuchu dostaw odczuło średnio 31,7 proc. polskich przedsiębiorstw.

Potwierdzają to też wyniki badania DNV Viewpoint, przeprowadzonego na grupie ponad 1,1 tys. firm. Wynika z niego, że w trakcie pandemii ponad połowa z nich doświadczyła zakłóceń w obrębie łańcucha dostaw. Wśród głównych przyczyn tych zakłóceń firmy wskazywały opóźnienia dostaw (45 proc.), problemy logistyczne (34 proc.) i ograniczenia w handlu międzynarodowym (24 proc.).

Pandemia unaoczniła pewne niekorzystne mechanizmy, ale stała się też przyczynkiem do rewizji strategii. Widzimy w tej chwili wiele firm, które skracają swoje łańcuchy, dywersyfikują ryzyko, szukają alternatywnych komponentów, producentów, dostawców. To jest nowe otwarcie w podejściu do układania strategii łańcucha dostaw – mówi Weronika Achramowicz.

W efekcie perturbacji 57 proc. przedsiębiorstw planuje w tej chwili wzmocnienie i dywersyfikację swojego łańcucha dostaw poprzez pozyskiwanie nowych dostawców. Firmy zamierzają też łagodzić skutki pandemii, zwiększając poziom cyfryzacji (36 proc.) oraz modyfikując kryteria doboru dostawców (36 proc.). Co ciekawe, przykładają też dużo większą wagę do zarządzania ryzykiem. Aż 77 proc. firm prowadzi identyfikację i ocenę ryzyka, 42 proc. podejmuje działania łagodzące ryzyko, a 50 proc. monitoruje wdrożone działania – wynika z badania DNV.

– Myślę, że ten kryzys nauczył nas, że zdrowe i elastyczne organizacje potrafią się dostosować – mówi radca prawny w kancelarii Baker McKenzie. – Przedefiniowaliśmy trochę to, gdzie inwestujemy i jak prowadzimy działalność, natomiast handel wyszedł z niego obronną ręką. Prognozy WTO były znacznie bardziej pesymistyczne niż to, co okazało się w rzeczywistości.

Według Międzynarodowej Organizacji Handlu (WTO) w tym roku światowy wolumen handlu wzrośnie o 8 proc., po ubiegłorocznym spadku o 5,3 proc., który i tak okazał się niższy od zakładanego wcześniej.

– To wynikało z trzech podstawowych przyczyn. Po pierwsze, państwa zareagowały na pandemię, zapewniły zastrzyk różnych form wsparcia, zachęt i subsydiów skierowanych bezpośrednio do gospodarki i przedsiębiorstw. Po drugie, społeczeństwa okazały się wystarczająco zdigitalizowane, aby pracownicy mogli pracować online właściwie w każdej branży. Dzięki temu zamiast załamania, przestojów i zwolnień, które zazwyczaj obserwowaliśmy w takich cyklach gospodarczych, pracownicy byli w stanie utrzymywać swoje miejsca pracy, w zdecydowanej większości utrzymywać swoje przychody i jednocześnie je wydawać. A ponieważ wprowadzono ograniczenia w podróżowaniu i korzystaniu z usług, to strumień swoich wydatków skierowali na zakup towarów. Stąd też wzrost handlu, zwłaszcza sektora e-commerce – wyjaśnia Weronika Achramowicz.

Statystyki pokazują, że to właśnie cyfryzacja pozwoliła wielu branżom przejść przez koronakryzys w miarę suchą stopą, a największym „wygranym” okazał się właśnie sektor e-commerce. Według raportu OECD („E-commerce in the time of COVID-19”) jeszcze przed pandemią był to najszybciej rosnący segment handlu. O ile jeszcze pięć lat temu światowy rynek miał wartość ok. 1 bln dol., o tyle teraz jest to już ponad 3 bln dol., a rynek rośnie co roku o ok. 20 proc.

– W międzynarodowym handlu po pandemii będziemy obserwować coraz bardziej intensywny „wyścig zbrojeń”, a właściwie jego nową formę, czyli wyścig na technologię, wyścig na przewagę konkurencyjną, która wynika właśnie z tego dostępu do technologii. Słowem, kluczem będą półprzewodniki i dostęp do tych komponentów, bo są niezbędne w produkcji wszystkiego, co ma w sobie jakiś element oprogramowania – mówi ekspertka.

To właśnie znalazło się w obszarze zainteresowania nie tylko firm, lecz również państw, które przygotowują odpowiednią legislację w tym zakresie.

Państwa wprowadzają zachęty inwestycyjne dla zatrzymania kluczowej produkcji w danym kraju, myślę tutaj choćby o CHIPS for America Act, którą Kongres Stanów Zjednoczonych uchwalił w ubiegłym roku i której celem jest zatrzymanie w kraju technologii produkcji półprzewodników. Do 2026 roku powstanie cały pakiet form wsparcia i zachęt inwestycyjnych w tym obszarze. Również Ursula von der Leyen, przewodnicząca Komisji Europejskiej, zapowiedziała nowy ekosystem produkcji półprzewodników w Europie. Będzie to nowa inicjatywa legislacyjna na poziomie unijnym, która również ma na celu stworzenie z Europy nowego centrum produkującego półprzewodniki i będącego generalnie motorem rozwoju technologicznego – mówi Weronika Achramowicz.

Jak ocenia ekspertka, nowe otwarcie w handlu będzie więc z jednej strony zakładało pewną regionalizację produkcji i dostaw w obrębie jednego kraju, bloku gospodarczego państw czy części kontynentu. Dzięki temu staną się one mniej uzależnione od globalnego łańcucha dostaw. Z drugiej strony cyfryzacja i globalizacja są już tak rozwinięte, że trudno będzie mówić o całkowitej regionalizacji czy izolacjonizmie. Potrzebne więc będą inne rozwiązania, które wzmocnią bezpieczeństwo łańcuchów dostaw. Tym bardziej że zakłócanie wzajemnych zależności w handlu stało się jedną z metod przeprowadzania ataków przez cyberprzestępców.

Już teraz szereg państw unijnych i Stany Zjednoczone, które właściwie były tutaj frontmanem, przyjmują przepisy monitorujące i kontrolujące inwestycje zagraniczne, pozwalające rządowi blokować niektóre inwestycje, jeżeli zdaniem państwa mogą one naruszać jego strategiczne interesy. Unia Europejska poszła tym śladem, Polska również ma takie przepisy. Myślę, że teraz nowym kierunkiem będzie patrzenie nie tyle, kto jest właścicielem infrastruktury, którą uznajemy za krytyczną dla funkcjonowania państwa i gospodarki, ale również na to, jak ona jest używana, kto jest jej operatorem czy gdzie i w jaki sposób przesyłane są informacje z użyciem tej infrastruktury – mówi partner w kancelarii Baker McKenzie.

HOT NEWS